czyli o Wrocławiu z innej strony
RSS
wtorek, 10 listopada 2009
9 listopada 1989 r. po godz. 19. w kierunku przejścia granicznego przy Bornholmer Strasse płynął strumień mieszkańców Berlina Wschodniego, którzy w enerdowskiej telewizji usłyszeli, że od dziś „można wyjeżdżać przez wszystkie przejścia graniczne do RFN, także przez Berlin Zachodni”. Tłum przy Bornholmer Strasse powiększał się z każdą godziną, ale dopiero o 23.30 przerażeni naporem mieszkańców wschodniego Berlina enerdowscy strażnicy graniczni unieśli szlabany. Kwadrans po północy w Berlinie Zachodnim było już 20 tys. Niemców ze wschodniej części miasta. Stało się. Runął okryty ponurą sławą mur berliński, przy którym straciło życie 136 osób.

Dziś mija 20 lat od tamtych wydarzeń. W Berlinie trwa feta z okazji zniszczenia muru berlińskiego. Stolica zjednoczonych już Niemiec gości polityków z wielu krajów, także tych, które podobne mury budują u siebie. Prezydent USA Barack Obama, łącząc się przez telemost powiedział berlińczykom: „Ten mur symbolizował system, który nie dawał ludziom praw”. Co zatem symbolizuje mur na granicy amerykańsko – meksykańskiej? Czyżby to samo, co mur budowany przez Izrael na Zachodnim Brzegu Jordanu. Hipokryzja jest chyba czymś, co politycy wysysają z mlekiem matki. 

I jeszcze jedna wypowiedź, tym razem prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa: „Musimy jednak pamiętać, że to do tego zjednoczenia przyczynili się również ludzie w ZSRR”. Cóż, mówią, że sukces ma wielu ojców… W przypadku muru berlińskiego można – idąc tokiem myślenia  prezydenta Rosji – znaleźć ich zapewne nawet wśród jego pomysłodawców z ZSRR.

Po co właściwie o tym piszę i co to ma wspólnego z Wrocławiem? Okazuje się, że powojenne historie Wrocławia i Berlina mogły być bardzo podobne. Wrocław po wojnie mógł być podzielony na dwie części i była to całkiem realna opcja.

Żeby to zrozumieć musimy się cofnąć do 28 listopada 1943 r. Wówczas do Teheranu, przybyli przedstawiciele tzw. Wielkiej Trójki  - prezydent  USA Franklin Delano Roosevelt, premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill i przywódca ZSRR Józef Stalin. Przybyli po to, żeby rozmawiać o Europie po wojnie, mówiąc kolokwialnie – „dzielili skórę na niedźwiedziu”.



Na konferencji teherańskiej ustalono, że wschodnia granica Polski w zasadzie opierać się będzie na ustaleniach niemiecko – radzieckiego postanowienia z jesieni 1939 r. Tylko poprawność polityczna nakazywała odtąd mówić o wschodniej granicy Polski, jako pokrywającej się z „linią Curzona”, czyli koncepcji granicy z lat dwudziestych.

Wielkiej Trójce pozostało jeszcze ustalić przebieg zachodniej granicy powojennej Polski. W Teheranie uzyskano w tym zakresie wstępne porozumienie, ustalając, że zachodnią granicę może wyznaczać Odra. Szczegóły na temat polskiej granicy z Niemcami ustalono jednak dopiero w Poczdamie (17 lipca – 2 sierpnia 1945 r.). De facto jednak pomiędzy konferencją w Teheranie, a spotkaniem w Poczdamie sprawa zachodniej granicy Polski była otwarta (czytaj: nieustalona). Na ten temat dyplomaci koalicji antyhitlerowskiej toczyli długie negocjacje.

Zakładano, że powojenna Polska będzie państwem narodowym i z terytoriów Niemiec przyznanych Polsce ludność niemiecka zostanie całkowicie wysiedlona. Gdzie? Większość wysiedlonych miał przyjąć rząd Wielkiej Brytanii w swojej strefie okupacyjnej w Niemczech. Anglicy jednak obawiali się problemów z tym związanych i ogromnych kosztów przeprowadzenia całej operacji. Dlatego zamiast promowanej przez ZSRR granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej forsowali (razem z Amerykanami) swój projekt przebiegu granicy – na Odrze i Nysie Kłodzkiej. W praktyce oznaczałoby to, że większość Dolnego Śląska, najgęściej zaludniona i najbardziej rozwinięta gospodarczo, nie przypadłaby Polsce. Tym samym Wrocław byłby podzielony na część polską i niemiecką.


Spróbujmy sobie to wyobrazić – tak mógł wyglądać Wrocław/Breslau po zakończeniu wojny:

Pokaż Granica na Odrze we Wrocławiu na większej mapie


Mielibyśmy więc polski Wrocław (część północno-wschodnia) i niemiecki Breslau (część południowo-zachodnia). Rynek znalazłby się po stronie niemieckiej, ale Ostrów Tumski – po polskiej. Mieszkańcy dajmy na to Psiego Pola, którzy chcieliby wypić piwo na wrocławskim rynku, musieliby przekroczyć granicę polsko-niemiecką! Plac Powstańców Warszawy nie nosiłby nigdy takiej nazwy, bo byłby po stronie niemieckiej, za to plac Grunwaldzki znalazłby się po stronie polskiej. Gmach sądu przy Podwalu byłby po stronie niemieckiej, ale więzienie przy ul. Kleczkowskiej byłoby polskie… itd.

Wrocław podzieliłby zatem los takich miast, jak Zgorzelec/Goerlitz, Gubin/Guben,
Słubice/Frankfurt nad Odrą. Poniekąd byłby to los Berlina podzielonego na część wschodnią i zachodnią. Z tą różnicą, że we Wrocławiu rolę muru spełniałaby rzeka Odra.

Sowieci w końcu przeforsowali swoją koncepcję granicy. W komunikacie z 2 sierpnia 1945 r., kończącym konferencję poczdamską, za tymczasową granicę zachodnią Polski uznano linię na Odrze i Nysie Łużyckiej.
00:10, wroclawzwyboru
Link Komentarze (9) »
    Czytam i polecam: