czyli o Wrocławiu z innej strony
RSS
niedziela, 04 kwietnia 2010
Niedziela Wielkanocna  w 1945 r. przypadła na 1 kwietnia. Ironią losu najważniejsze święto chrześcijańskie wypadło w dniu, w którym wszyscy robią sobie żarty. Ale w Festung Breslau z pewnością  nikomu nie było wtedy do śmiechu, ciężko było też w skupieniu przeżywać Niedzielę Wielkanocną, upamiętniającą Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Modlono się jednak gorliwie. O przeżycie w tym piekle.


Wypalone kamienice w Festung Breslau, fot. Henryk Makarewicz
Źródło: Wroclaw.Hydral.com.pl

Miasto zamienione w twierdzę broniło się już prawie 2 miesiące. Breslau był systematycznie niszczony przez samych „obrońców”, jak i nacierające oddziały Armii Czerwonej. W tym dumnym i pięknym niegdyś mieście z każdym dniem rosła liczba ruin i ofiar. Ci, którzy nie zostali zmuszeni do ucieczki w siarczystym mrozie parę tygodni przed rozpoczęciem oblężenia, znaleźli się w pułapce, w której piwnice zamienione na prowizoryczne schrony przeciwlotnicze dawały złudne poczucie bezpieczeństwa, a chwila zwątpienia w ideały narodowego socjalizmu, nieomylność fuehrera, czy w sens dalszej obrony, kosztowała życie.  Aparat bezpieczeństwa w Festung Breslau funkcjonował wręcz wzorcowo, więzienie na Kletschkau strasse (Kleczkowska) wypełnione było po brzegi, a gilotynę ostrzono częściej niż kiedykolwiek wcześniej. Defetystów wieszano też na latarniach, a zwłoki zostawiano na widok publiczny. Ku przestrodze.

To był tragiczny czas w dziejach miasta, czas niewyobrażalnych zniszczeń i wielu śmierci. Ale najgorsze dopiero nadciągało.

1 kwietnia 1945 r. o godz. 8.30 zaczęło się największe bombardowanie w czasie Festung Breslau. 750 samolotów zrzucało bomby na Wrocław, nieprzerwanie do godz. 17. Jednocześnie zaatakowała radziecka ciężka artyleria. Bombardowano Śródmieście, Wyspę Piaskową, wtedy w wielką ruinę zamieniła się zabudowa placu Nowy Targ.

Oddajmy głos naocznym świadkom wydarzeń, które miały miejsce w Święta Wielkanocne Roku Pańskiego 1945.

Ks. Paul Peikert ("Kronika dni oblężenia", Ossolineum, 1984):
„O godz. 8.30 miała odbyć się uroczysta suma. Mszę św. trzeba było odprawić w schronie posesji Klosterstrasse 36 (Traugutta). Piwnica była przepełniona. Ponad 300 osób zapełniło różne pomieszczenia tej piwnicy. Żołnierze byli w tym pomieszczeniu, w którym ustawiono ołtarz. Wkrótce po rozpoczęciu tej mszy 750 bombowców rozpoczęło ciężkie naloty na nasze miasto. Stąd też nie mogłem celebrować sumy, lecz tylko cichą mszę św.; nawet wygłoszenie kazania stało się niemożliwe, gdyż podczas mszy świętej spadło pięć dwudziestocentarowych bomb w najbliższym sąsiedztwie piwnicy, co tak wstrząsnęło całym budynkiem, ze ściany się ugięły, a nam się już zdawało, że się nad nami dom wali. Za każdym razem przewracały się lichtarze na zaimprowizowanym ołtarzu, ludzie podrywali się ze swych miejsc, za każdym razem sądziliśmy, że przyszła nasza ostatnia chwila. Pierwsza bomba spadła na Zakład Św. Agnieszki, druga w oddalony o 8 m od naszej piwnicy masowy grób, w którym pogrzebałem w ubiegłym tygodniu 10 osób zabitych przez bombę. Z dziesięciu zmarłych ośmiu wraz z trumnami zostało startych w proch. Olbrzymi lej znaczył to miejsce, a z sąsiednich grobów wydarto ciała, które leżały zupełnie obnażone. Trzecia bomba zburzyła dom sąsiadujący z naszą posesją Garvestrasse 29, grzebiąc w nim ośmiu zabitych, których po dzień dzisiejszy nie można było wydobyć. Czwarta bomba spadła do ogrodu parafialnego i wyrwała lej średnicy 20 m i 7 m do 8 m głęboki, tak że w plebani zostały wydarte wszystkie okna i drzwi, szafy zdemolowane, książki bezładnie rozrzucone, a ze ścian wszystkie obrazy. Piąta bomba zburzyła posesję sąsiadującą z Zakładem Św. Agnieszki przy Klosterstrasse. To wszystko stało się w ciągu krótkiej pół godziny. (…)

Nieustannie fala za falą ciągnęły się nieprzyjacielskie samoloty nad naszym miastem i zrzucały swój śmiercionośny ładunek. Jeden po drugim trafiane domy waliły się w gruzy. (…) W schronie ciągle gasło światło i wszędzie zapadała ciemność, gdy wybuchały nieprzyjacielskie bomby i wzbijały tumany pyłu i prochu, tak że wokół nas było całkiem czarno. Przy tym wygięły się ściany piwnicy i myśleliśmy, że ugodziło w samą plebanię, która się wkrótce na nas zawali. Po kilku minutach opadły tumany pyłu i stwierdziliśmy, ze bomby trafiły w sąsiednią nieruchomość. Tak trwało całą Wielką Niedzielę do godz. 17 po południu. Nie można było zjeść święconego. Pościliśmy przy tym wielkim święcie, bo odeszła nam wielka ochota do jedzenia. 

(…) Rezultatem bombardowania w Wielką Niedzielę było straszne spustoszenie naszego miasta.”


Hugo Hartung ("Gdy niebo zstąpiło pod ziemię", Via Nova, 2008):

„Jednak spokojne święta zostały zniesione z tego świata. Może najpierw była to tylko jedna bateria, na którą nie zwrócono uwagi. Wkrótce było ich więcej, a później bardzo dużo. Teraz bębni. Wystrzały bębnią lepiej od bębnów. Katiusze dudnią potężniej niż organy kościelne. (…)
W mieście Breslau rozpoczynają się święta Wielkiej Nocy ’45. Wielkanoc, jakiej to prastare miasto w swojej burzliwej historii nigdy nie przeżyło i nie przeżyje, ponieważ to prastare miasto nigdy nie będzie takie, jakim było jeszcze pięć minut temu.
Zaczyna się! Niebo otwiera się na Sąd Ostateczny. (…) Zaczyna szumieć wielki deszcz. Deszcz bomb szumi wyraźniej od normalnego…
(…) Roenningowi trzęsą się kolana. Lecz teraz wszystkim się trzęsą. Budynek chwieje się i zdaje się, że podłoga piwnicy faluje i staje się wypukła. Gaśnie światło elektryczne. Zapalono bożonarodzeniowe świeczki, wyjęte z kolorowych pudełek. Ryms! To był tylko silny wiatr! Otwierają się wszystkie drzwi, gasną wszystkie świeczki. Po trzeciej próbie rezygnują. Najlepiej pozostać w ciemności, później nie odczuje się wielkiej różnicy.
Ale nikt tak nie mówi. W ogóle nikt się nie odzywa. Nie miałoby to sensu przy tak ogłuszającym huku, który przewyższa wszystko, co dotychczas przeżyli.
Tym razem te straszne gromy odczuwa cale miasto z mniej więcej czterdziestoma tysiącami żołnierzy, może ze stu czterdziestoma tysiącami cywili, wśród których są starzy, młodzi, niemowlęta, chorzy, umierający i leżący w drgawkach w rogach piwnic, jak i podnieceni w innych kątach. Wszystko zostało podporządkowane wielkiemu introitowi muzyki wielkanocnej miasta. Dla wielu otwierają się niebiosa. Inni widzą ostatkiem ziemskiej świadomości, że niebo, z którego spada ogień, wciąż jest błękitne.
W tym czasie w różnych miejscach rozgrywają się niezwykłe wydarzenia. Tutaj podmuch eksplozji wyrzuca starą kobietę przez piwniczne okno. Ma co najmniej sześćdziesiąt pięć lat, a na nogach srebrne balowe pantofelki. Gdzie indziej siła ognia niesie w dal dziwaczny, staromodny damski kapelusz, na którym bukiecik fiołków jest poplamiony krwią.
(…)
Jak długo trwało trzęsienie ziemi i modlitwa, tego nie wie nikt. Można było się w tym czasie postarzeć i można było osiwieć. Mogła zapaść noc, mógł nadejść kolejny dzień. Gdy pierwsi zechcieli wyjść na dzienne światło, już go nie było. Zapadł słodkawy, łagodny zmierzch. Półmrok. Jeden w wychodzących klepie kolegę po ramieniu:
- Człowieku, to wszystko nie może być prawdą!”

W Poniedziałek Wielkanocny Rosjanie kontynuowali naloty. Tym razem jednak zamiast ładunków burzących, użyli bomb fosforowych – zapalających. (Ks. Peikiert w swojej „Kronice dni oblężenia” przypuszcza, że bomby fosforowe zrzucały niemieckie samoloty). Iskry wpadały przez wybite okna do mieszkań, najpierw paliły się zasłony, potem poduszki i łóżka. Wkrótce całe mieszkanie stawało w płomieniach, a ogień przenosił się z mieszkania na mieszkanie, z piętra na piętro. Po chwili płonęła cała kamienica, a jęzory ognia sięgały dalej. Paliły się całe ulice, kwartały, dzielnice. Po południu płonęło już całe miasto.


Płonący Wrocław na grafice nieznanego autora
Źródło: Wroclaw.Hydral.com.pl

Jeszcze raz oddajmy głos ks. Peikertowi:
„Po wielu trudach dotarliśmy wreszcie na Kaiserbruecke, gdzie huraganowy wicher o mało nie zepchnął nas do Odry. Z Kaiserbrucke rozpościerał się przed nami smutny widok płonącego Wrocławia, niezapomniana panorama grozy. Płonęły więc dzielnice po obu stronach Odry,  po prawej stronie od Kaiserbruecke po Gneisenauplatz (pl. Bema) aż do Sterstrasse (ul.  Sienkiewicza), po lewej stronie Odry od Weidendamm (Na Grobli), Klosterstrasse w dół, Ohlauerstrasse poprzez gmach Poczty Głównej, Altbueserstrasse (Pokutnicza) i Neumarkt (pl. Nowy Targ) aż po Sandinsel (Wyspa Piaskowa). Płomienie buchały z wież kościoła katedralnego; dach Katedry był jednym morzem płomieni; płonął kościół Św. Michała, kościół Na Piasku, Św. Wincentego, Św. Wojciecha, Św. Maurycego, Św. Bernarda, Św. Krzysztofa i wszystkie ciągi ulic między tymi kościołami, przede wszystkim zaś Biblioteka Uniwersytecka. Niesamowity i ponury był obraz płonącego Wrocławia wieczorem w Poniedziałek Wielkanocny i w nocy, obraz zagłady najpiękniejszej części tego ładnego miasta. Ciemne i zachmurzone niebo płonęło czerwienią. Gigantyczne kłęby dymu zawisły nad całym miastem. Ciągle odwracaliśmy się, aby spojrzeć na ten makabryczny obraz.”

Kolejną ironią losu jest fakt, że miasto, w którym Polacy mieli objąć władzę za niewiele ponad miesiąc, płonęło w dniu tradycyjnego śmigusa-dyngusa.

Pod względem militarnym Ofensywa Wielkanocna, której elementem były naloty i mocny ostrzał artyleryjski, była sukcesem Rosjan – udało się im w końcu zdobyć lotnisko na Gądowie, tym samym odcinając oblężoną Festung Breslau od dostaw drogą powietrzną. Pytanie tylko, czy nalot naprawdę był potrzebny? Można przypuszczać, że gdyby skala bombardowania była mniejsza, lub gdyby Rosjanie nie użyli bomb zapalających, dziś Wrocław byłby miastem jeszcze piękniejszym, z jeszcze większą liczbą zabytków.

Pamiątki tych smutnych Świąt Wielkiej Nocy 1945 r. wciąż jeszcze są obok nas. Przechodzimy obok nich codziennie, nawet o tym nie wiedząc. To niewybuchy, tak często znajdowane we Wrocławiu przy okazji kolejnych inwestycji. Z kilku, a może kilkunastu tysięcy bomb zrzuconych na Wrocław 1 i 2 kwietnia 1945 r. przynajmniej kilkaset nie wybuchło. I oby wybuchały tylko na poligonie saperskim.

/Paweł Andrzejczuk/

    Czytam i polecam: