czyli o Wrocławiu z innej strony
RSS
sobota, 17 maja 2008
Niekwestionowanym wydarzeniem tegorocznego 29. Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu był występ Chóru Narzekań Mieszkańców Wrocławia. Ten debiut uciekł jakoś mojej blogowej uwadze, niemniej wydarzenie jest takiej wagi, że postanowiłem je nieco przypomnieć. Chór Narzekań Mieszkańców Wrocławia jest pomysłem Konrada Imieli, dyrektora Teatru Capitol i szefa PPA. Imiela zebrał narzekania wrocławian, a muzykę do nich skomponował Rafał Karasiewicz. Chóralne narzekanie ma już tradycję - żółć wylewali wcześniej mieszkańcy m.in. Helsinek, Birmingham, Jerozolimy, Melbourne, Budapesztu i Sankt Petersburga (więcej infomacji na: www.complaintschoir.org). Teraz przyszła kolej na wrocławian. Posłuchajmy, na co narzekamy:

Chór Narzekań Mieszkańców Wrocławian wylewa żółć koncertowo
Źródło: Youtube.com

Pieśń narzekaczy nosi tytuł:
Kucyk Chrobrego

My, mieszkańcy miasta, którego
Nazwy żaden Anglik nie przeczyta,
Stojąc pod pomnikiem Chrobrego,
Pytamy, czemu król ma kucyka?

Nie zgadzamy się z corocznym brakiem zimy,
Narzekamy na śmierdzący moczem dworzec,
Rozwodnionym piwem w knajpach pogardzimy
I dlaczego tak daleko stąd nad morze?

Dość widoku nagich fiutów pod Bliźniakiem,
Już wolelibyśmy ujrzeć obwodnicę,
Nie możemy się pogodzić z targów brakiem,
Gdzie kupimy teraz świeżą polędwicę?

(I móżdżek!)

Czemu notorycznie giną nam krasnale?
A Chrobrego za to nie chce ukraść nikt…
Dziś do centrum nie da się dojechać wcale,
Wszystkie drogi na raz remontuje ZDIK
(były ZDiK)

Narzekamy na brud, na psie kupy i smród,
Na brak miejsca na dysku C,
Już nie chcemy kryć, co przeszkadza nam żyć,
Wywalamy wprost, co jest złe.

Za dużo seriali!
Miłość raz na tydzień!
Aktorzy mamroczą!
Za dużo reklam jest!
Ludzie nieumyci
Jeżdżą tramwajami!
Wiesza się internet!
Wciąż mam brudny zlew!
Za mało mężczyzn w chórze!
Zbyt zimne są kobiety!
Dawajcie częściej kwiaty!
Ha ha ha ha ha ha!
Głośno chrapią w pociągach!
Atakuje mnie ptak!
A większość gum do żucia
Za szybko traci smak!

A może gdzieś tam,
Za morzem, za lasem,
Jest kraina taka,
Gdzie nie narzeka nikt,
Ludzie są szczęśliwi,
Mają mnóstwo kasy,
Czy ktoś tam kiedyś był?!
Na pewno nie my!!!!

Narzekamy na brud, na psie kupy i smród,
Na brak miejsca na dysku C,
Już nie chcemy kryć, co przeszkadza nam żyć,
Wywalamy wprost, co jest złe.

My, mieszkańcy miasta, którego
Bruk niszczy damskie obcasy,
Pytamy siebie nawzajem – dlaczego
Tak mało mamy czasu po pracy?!

Jeśli mamy już spódnicę plisowaną,
To dlaczego ją tak trudno wyprasować?!
I dlaczego ktoś po mieście chodzi z gwoździem,
Którym musiał mi samochód porysować?

Czasem, jak powieje trochę bardziej,
Drzewa obwieszone są reklamówkami,
Włosy notorycznie zatykają odpływ w wannie,
Festiwale są ze zbyt drogimi biletami.

Ścieżek rowerowych w mieście jest za mało,
Znacznie są za drogie wrocławskie mieszkania,
W ogóle zbyt często ludzie narzekają,
Nie wiemy, dlaczego – to nie nasza sprawa.

Narzekamy na brud, na psie kupy i smród,
Na brak miejsca na dysku C,
Już nie chcemy kryć, co przeszkadza nam żyć,
Wywalamy wprost co jest złe.

Dziś wrocławski lud zadał sobie trud
By wywalić wprost co jest złe.

* * *

Mam nadzieję, że występ Chóru Narzekań, pomyślany co prawda jako jednorazowy happening, stanie się wrocławską tradycją. Bo takich narzekań... naprawdę miło się słucha!

14:11, wroclawzwyboru
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 12 maja 2008
Wydawnictwo Dolnośląskie przygotowało dla miłośników historii Wrocławia nie lada niespodziankę: pierwsze polskie wydanie wspomnień dwóch ostatnich komendantów twierdzy Wrocław – gen. Hansa von Ahlfena i gen. Hermanna Niehoffa. Chodzi o książkę „Festung Breslau w ogniu” (oryginalny tytuł niemiecki „So kämpfte Breslau”). Książka została wydana w Niemczech tylko raz – w 1959 r. i to w stosunkowo niewielkim nakładzie 5 tys. egzemplarzy. Później już żadne niemieckie wydawnictwo nie odważyło się wydać wspomnień komendantów Festung Breslau. [Aktualizacja: Ten fakt przytoczyłem bazując na informacji podanych we wstępie "Festung Breslau w ogniu". Po weryfikacji informacji w jednym z komentarzy do tego wpisu, okazało się, że w Niemczech książka von Ahlfena i Niehoffa była wielekrotnie wznawiana przez Motorbuch-Verlag - Stuttgart].

W Polsce do 1989 r. trudno było sobie nawet wyobrazić, aby książka von Ahlfena i Niehoffa trafiła w ręce czytelników. Wrocław był przecież piastowski, „odzyskany”, a czasy walk o Wrocław przybliżał głównie polskim czytelnikom Ryszard Majewski, autor „Bitwy o Wrocław” (I wydanie 1975), napisanej razem z Teresą Sozańską oraz „Wrocław – godzina zero” (I wydanie 1985). Styl i retoryka tych publikacji przedstawiała oblężenie Wrocławia głównie z perspektywy Sowietów. Nie sposób wspomnieć w tym miejscu o pierwszym i jedynym do tej pory naukowym opracowaniu walk o Wrocław – chodzi oczywiście o wydany w 1963 r. „Upadek Festung Breslau” Karola Jońcy i Alfreda Koniecznego.

Niemieckie (1959) i polskie (2008) wydanie książki ostatnich komendantów twierdzy Wrocław

Wracając jednak do książki von Ahlfena i Niehoffa: mimo, że wspomnienia komendantów nie trafiły „pod strzechy”, a dziś pierwsze niemieckie wydanie jest antykwarycznym białym krukiem, nie oznacza, że polskiemu czytelnikowi książka ta nie był znana. Ależ była – polscy autorzy opracowań o czasach twierdzy Wrocław czerpali z niej obficie, pozwalając sobie nawet na podważenie wiarygodności tez stawianych przez autorów „So kämpfte Breslau”.

Generał-major Hans von Ahlfen
Generał-porucznik Hermann Niehoff

PAKT MILCZENIA
Z perspektywy czasu dziwić może nieco, że wspomnienia ostatnich komendantów ukazały się po polsku dopiero teraz. Fakt ten pokazuje, jak wciąż delikatną kwestią jest poruszanie tematu II wojny światowej, przedstawianej z perspektywy niemieckiej. Łatwo bowiem narazić się na oskarżenia o propagowanie nazizmu. Z publikacji w jęz. niemieckim polskiego wydania doczekała się jedynie „Kronika dni oblężenia” ks. Paula Peikerta. Ważna uwaga: Peikert był antynazistą, co w tej sytuacji tłumaczy zgodę władz komunistycznych na polskie wydanie (1964). O ile mi wiadomo, nie ma w Polsce indeksu ksiąg zakazanych, wydawać się może jednak, że wspomnienia von Ahlfena i Niehoffa na długo znalazły się na „cenzurowanym”. Tym bardziej ucieszyło mnie, że Wydawnictwo Dolnośląskie zdecydowało się przerwać ten „pakt milczenia”. Kiedy jednak nabyłem i przeczytałem „Festung Breslau w ogniu” mina mi nieco zrzedła.

PIKSELOZA
Zacznijmy od okładki: dawno nie widziałem już na okładce książki zdjęcia z taką „pikselozą”. Skan zdjęcia aż prosi się o więcej dpi. Coś wydaje mi się, że grafik nie przyłożył się do pracy. Czy tylko ja jestem takim estetą?

TYTUŁEM WSTĘPU
Przewracam strony i czytam wstęp Tomasza Głowińskiego. Muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie czytałem tak śmiałych tez dotyczących obrony/oblężenia Festung Breslau, napisanych przez polskiego historyka. Bo który z polskich naukowców odważył się porównać obronę Festung Breslau do Powstania Warszawskiego? Cytat: „Naturalnie decyzja o obronie miasta w obszarze jego zwartej zabudowy doprowadza zawsze do walk ulicznych, do których broniący się muszą się odpowiednio przygotować. Powstańcy warszawscy w 1944 r. szybko zauważyli, że szczególnie przydatne w obronie są domy narożne, które dla bezpieczeństwa najpierw wypalano, aby nie groziły pożarem podczas walk. Tyle, że wtedy nie pisano o barbarzyństwie obrońców, jak to było w wypadku Wrocławia. (...)
Tylko obrona w zwartej zabudowie miejskiej pozwalała Niemcom na zniwelowanie przewagi wroga. Pierwsza w II wojnie światowej dowiodła tego Warszawa, broniąc się bohatersko we wrześniu 1939 r. i płacąc za to wysoką cenę. Wtedy naziści pisali o oszalałym komendancie miasta... W 1945 r. podobną cenę zapłacił Wrocław. I tu pisano później o szaleństwie i fanatyzmie komendantów...”.

Łukasz Medeksza w Pardonie nazwał te stwierdzenia rewizjonizmem historycznym. I tu muszę przyznać mu rację. Takie stwierdzenia prowokują, ale moim zdaniem czynią to w „mało smaczny” sposób.

W innym miejscu Głowiński usprawiedliwia wyburzanie całych kwartałów kamienic (to też nowość w polskiej historiografii traktującej o Festung Breslau) porównując je do nalotów dywanowych alianckich bombowców na niemieckie miasta: „Decyzje o wyburzeniach całych ciągów ulic mogą być i są ganione z punktu widzenia militarnego i ludzkiego, ale pamiętać należy, że komendanci podejmowali je na podstawie własnej oceny sytuacji, nieco odmiennej od naszej. Najczęściej kwestionowano sens wyburzenia całych kwartałów w śródmieściu, pod przygotowywane tam lotnisku (mowa o budowie lotniska na obecnym pl. Grunwaldzkim – przyp. wroclawzwyboru). Miał być to dowód zupełnego barbarzyństwa i głupoty kierujących obroną Wrocławia. Tyle, że gdy od 1943 r. alianckie bombowce równały z ziemią niemieckie miasta jedno po drugim, zabijając jednorazowo dziesiątki tysięcy cywilów nie przyspieszając jednak wcale dnia zakończenia wojny, mówiono, jedynie o nieskutecznej strategii i jej nieuniknionych kosztach...”. Równie ostro i prowokacyjnie Głowiński pisze o tzw. „nalocie wielkanocnym”, nazywając go „nieuzasadnionym i typowo terrorystycznym”.

Wydaje mi się, że przedmowa do pierwszego polskiego wydania wspomnień von Ahlfena i Niehoffa, którym z pewnością można zarzucić tendencyjność, a nawet fałszowanie historii, to nie jest odpowiednie miejsce na prezentowanie tego typu tez. Czyżby Głowińskiemu brak obiektywizmu, tak niezbędnego w pracy historyka? A może ten prowokacyjny ton wstępu ma służyć wywołaniu większego zainteresowania książką? Tak czy inaczej, we wstępie, mamy – zamiast wytłumaczenia kontekstu historycznego i wyprostowaniu przekłamań, na które natkniemy się w oryginalnym tekście komendantów – parę prowokacyjnych tez, czyniących ich autora raczej „rzecznikiem obrońców Festung Breslau”, potwierdzających „fakty” prezentowane w książce.

ŁAŃCUCH
Któż z nas nie oglądał serialu „Czterej pancerni i pies”? Dzięki niemu wszyscy wiemy, że czołg porusza się na gąsienicach. Jest to część czołgu najbardziej wrażliwa na atak – w ten sposób najłatwiej unieruchomić tank. Ta prawda jest znana nawet dzieciom. Tymczasem w polskim wydaniu „Festung Breslau w ogniu” czytamy (s. 97-98): „Południowe pozycje umocniła również kompania pancerna dywizjonu przeciwpancernego, skutecznie zwalczając nieprzyjacielskie działa. Opowiada o tym dowódca działa szturmowego StuG (typ niemieckiego działa pancernego, samobieżnego, umieszczonego na podwoziu czołgu – przyp. wroclawzwyboru), podporucznik Hartmann: (...) >>W moim własnym oddziale w czasie pokonywania okopu zerwał się łańcuch i nie mogłem interweniować<<”.
Aha, czyli niemieckie czołgi, czy też działa samobieżne poruszały się na łańcuchach! Ale czy tylko niemieckie? Parę stron dalej (s.116) czytamy: „Przez ogródki działkowe i łąki między ośrodkiem dla niewidomych i Lasek Dębowy zbliżały się liczne nieprzyjacielskie (sowieckie – przyp. wroclawzwyboru) ciężkie działa samobieżne. Strzelaliśmy do nich jak popadło. Jedno działo zostało unieruchomiony przez zgruchotany pociskiem łańcuch”. Zatem radzieckie tanki również jeździły na łańcuchach. Skąd taka wpadka? W języku niemieckim słowo „die Kette” ma dwa znaczenia: „łańcuch” i „gąsienica (czołgowa)”. Ten błąd w tłumaczeniu najpewniej świadczy o tym, że przed wydaniem książka nie przeszła jakiejkolwiek redakcji merytorycznej. To ledwie jeden przykład, ale takich błędów w tłumaczeniu, których później nikt merytorycznie nie poprawił, jest więcej.

Błędy merytoryczne pojawiają się nawet w przypisach. Np. na s. 127 mowa jest o Baugewerkschule przy ul. Prusa (niem. am Waschteich). Przypis głosi: „Budynek ceglany projektu R. Plüdemanna powstał w latach 1902 – 1904. Obecnie siedziba Wydziału Architektury Politechniki Wrocławskiej”. Niby dobrze, ale... jak już się robi przypis, należałoby to zrobić porządnie. Baugewerkschule to budynek Szkoły Rzemiosł Budowlanych i Wyższej Szkoły Budowy Maszyn (niem. Baugewerk- und Hőhere Maschinenbauschule). Budynek zaprojektował nie Richard Plüddemann, a Karl Klimm (w latach 1899-1901), architekt magistracki i kierownik miejskiej pracowni projektowej. Plüddemann jest autorem idei, koncepcji budynku.

ZDJĘCIA
Z czasów oblężenia Wrocławia w 1945 r. zachowało się całkiem sporo materiałów fotograficznych, którymi wypadałoby wzbogacić taką książkę, jak „Festung Breslau w ogniu”. Tymczasem wydawca sięgnął po materiał ikonograficzny albo bardzo znany, albo wręcz sztampowy, jak współcześnie wykonane zdjęcia punktów obserwacyjnych przy torach kolejowych. Niektóre ze zdjęć wykorzystanych w książce wyglądają, jak kadry wyciągnięte z kronik wojennych wrzuconych na Youtube (np. s. 76, 113). Jakość takich materiałów pozostawia wiele do życzenia. Pomijam już fakt, że fotografia Hansa von Ahlfena pojawia się w rozdziale „Wrocław zostaje ogłoszony twierdzą”, choć rozsądek podpowiadałby, aby fotografię umieścić w rozdziale „Nowy komendant twierdzy - generał von Ahlfen obejmuje dowodzenie 1 lutego 1945”. W wymienionym rozdziale umieszczono jednak zdjęcie Hermanna Niehoffa, zamiast – co byłoby logiczne – w rozdziale „Zmiana komendanta – od 9 marca 1945 roku twierdzą dowodzi generał Niehoff”. Krótko mówiąc materiał ikonograficzny dobrany jest niedbale, rozmieszczony chaotycznie. Szkoda!

KUPIĆ - NIE KUPIĆ?
Po wymienieniu tych „walorów” polskiego wydania wspomnień ostatnich komendantów Festung Breslau naszła mnie refleksja czy warto było wydać na taką publikację 29,90... I mogę odpowiedzieć, że nie chodzi o to, czy warto. Ja tą książkę po prostu musiałem mieć. Dla osoby zainteresowanej, jak ja, historią Wrocławia jest to pozycja obowiązkowa. To prawda, że publikacja została wydana fatalnie, na szybko, prawdopodobnie bez korekty merytorycznej, z prowokującym zamiast wyjaśniającym wstępem, zbyt dosłownym tłumaczeniem, materiałem ikonograficznym nie najlepszej jakości, ale sam tekst wspomnień komendantów (po odsianiu niedociągnięć polskiego tłumaczenia), jako dokument historyczny, jest znakomity i precyzyjnie opisuje wiele nieznanych szerzej aspektów obrony twierdzy Wrocław. Czytając „Festung Breslau w ogniu” natkniemy się oczywiście na wątki „wybielające”, zrzucające odpowiedzialność z generałów na Hitlera czy Hankego, gloryfikujące komendantów, czy bardzo mocno przekłamane. I tak np. pod koniec książki jest mowa o cmentarzu wojskowym na południe od Wrocławia (przy al. Karkonoskiej), na którym pochowano 5000 poległych sowieckich oficerów. W rzeczywistości na cmentarzu tym są 763 mogiły. Ale czytelnik musi o tym po prostu wiedzieć (np. z innych opracowań), bo przypisy do końca tego precyzyjnie nie wyjaśniają.

Mimo wszystko „Festung Breslau w ogniu” jest dla miłośnika historii Wrocławia ciekawą lekturą. Szkoda tylko, że wydawca tak nie przyłożył się do sprawy.
Choć może się czepiam?

11:20, wroclawzwyboru
Link Komentarze (11) »
wtorek, 06 maja 2008
6 maja 1945 r., niedziela

To był niezwykle spokojny poranek. Spokojny, jak na Festung Breslau. Gdzieś w oddali słychać było tylko pojedyncze wystrzały i nieliczne detonacje. Słońce powoli wspinało się wyżej i oświetlało coraz mocniej morze ruin, którym teraz był Breslau. Zewsząd czuć było smród spalenizny, odór rozkładających się ciał, gęsty, czarny dym drażnił oczy i nie pozwalał swobodnie oddychać. Myliłby się, kto pomyśli, że wśród gruzów tego niegdyś dumnego i pięknego miasta nie było żywej duszy. W piwnicach zrujnowanych kamienic wciąż ukrywało się przed radzieckimi bombami około 140 tysięcy niemieckich cywili. Były to głównie kobiety i dzieci, oraz wszyscy ci, którzy kilka miesięcy wcześniej nie chcieli lub nie mogli uciekać w mrozie i śniegu z twierdzy Breslau. Mężczyźni, a nawet 15-letni chłopcy zostali żołnierzami - kryli się teraz gdzieś wśród ruin z karabinem i resztką amunicji. Najczęściej byli to zrezygnowani i przygotowani na śmierć żołnierze Wehrmachtu, których wspomagały oddziały Volksturmu i Hitlerjugend. Najbardziej do walki skłonne były znienawidzone przez Rosjan oddziały SS.

Na linię frontu właśnie dostarczono poranne wydanie „Frontzeitung der Festung Breslau – Schlesische Tageszeitung”. Na pierwszej stronie uwagę przykuwał tekst pod wymownym tytułem „Widerstand gegen die Sowjets geht weiter!” (Opór przeciwko Sowietom będzie kontynuowany!). Kapitan van Buerck odłożył gazetę i spojrzał w swoje odbicie w popękanym lustrze, wiszącym na ścianie niewielkiego schronu, a właściwie w piwnicy zamienionej na schron, w którym oczekiwał na przyjazd zastępcy Festung Breslau - pułkownika Tieslera.

Spojrzał jeszcze raz na frontową gazetę. Przypomniał sobie, jak cztery dni temu przeczytał w niej o śmierci Hitlera i pomyślał, że to już koniec - teraz Wrocław musi się poddać. Złudzień pozbawiła go wtedy treść odezwy dowódcy twierdzy, generała Hermanna Niehoffa, która kłuła w oczy na pierwszej stronie. Dobrze zapamiętał jej treść, bo czytał ją chyba kilkadziesiąt razy: "Obrońcy Festung Breslau! W dziejowej walce o przyszłość narodu niemieckiego Adolf Hitler poniósł bohaterską śmierć. Rozkazem z 30 kwietnia Fuehrer mianował swoim zastępcą admirała Doenitza. Wierni żołnierskiej przysiędze stajemy pod jego rozkazami do dalszej walki. We Wrocławiu pozostaję nadal na waszym czele. Zaufajcie mi także w tej najcięższej godzinie. Mogę Was zapewnić, że poprowadzę Was do tego, co stanowi Wasze dobro".

Wspomnienia przerwał nieśmiały głos chłopca w mundurze Hitlerjugend:
- Herr Kapitan, przyjechał pan pułkownik.
- Dobrze, jestem gotowy.
Kapitan van Buerck otrzepał swój galowy mundur z bunkrowego kurzu, wyprostował się i ruszył w stronę schodów prowadzących do wyjścia z piwnicy.
- Heil Hitler! - wrzasnął chłopiec, prostując jednocześnie prawą rękę. Van Buerck zatrzymał się i spojrzał na małego żołnierza. Miał może z 14 lat, nie więcej, twarz umorusaną od sadzy, za duży hełm, a całym jego uzbrojeniem był granat, wiszący przy pasku. Przez chwilę oficer mierzył wzrokiem swojego podkomendnego, po czym odwrócił się na pięcie i bez słowa wyszedł ze schronu. Tam czekał już na niego pułkownik Tiesler wraz z tłumaczem.

Była 7.30. Za pół godziny cała trójka miała być w umówionym miejscu, u zbiegu Strasse der SA i Viktoria Strasse (dzisiejsze ulice Powstańców Śl. i Lwowska). Tam przebiegał pas neutralny, oddzielający Niemców i Rosjan od siebie. Pierwsza linia frontu.

Pułkownik Tiesler i kapitan van Buerck mieli szansę zakończyć ten koszmar - zostali upoważnieni przez dowództwo Festung Breslau do prowadzenia rokowań, celem ustalenia warunków kapitulacji twierdzy Wrocław.


Prawdopodobnie zniszczona ulica Lwowska

Źródło: Wroclaw.Dolny.Slask.org


Niemieccy parlamentariusze zakładają opaski na oczy przez udaniem się na rokowania
Źródło: Wroclaw.Dolny.Slask.org

* * *

6 maja 1945 r. był 80 dniem obrony Festung Breslau. Miasto otoczone ze wszystkich stron wojskami 6. Armii 1. Frontu Ukraińskiego, wydawało się skazane na zagładę. Niemcy bronili każdej ulicy, każdego domu, każdego piętra. Wysadzali w powietrze całe kwartały ulic. Na miasto spadały tysiące ton radzieckich bomb. Straty po obu stronach były ogromne. Dowódcy Festung Breslau zapewniali, że niebawem z odsieczą płonącej twierdzy ruszą oddziały feldmarszałka Schoernera. Odsiecz jednak nigdy nie nadeszła.

Pod koniec kwietnia radzieckie dowództwo wydało rozkaz zahamowania ofensywy. Wtedy ukształtowała się linia frontu, która pozostała praktycznie nie zmieniona do momentu kapitulacji. Na północy przebiegała ona zachodnim skrajem Lasu Osobowickiego, do stacji Osobowice, na północnym wschodzie sięgała koryta Widawy i wzdłuż jej lewego brzegu dochodziła do Odry, naprzeciw Wyspy Opatowickiej. Dalej na zachód linia frontu przebiegała wśród ruin ulicy Pięknej, Kamiennej, łukiem zakręcała do ulicy Lwowskiej. Na zachodzie front biegł od Dworca Świebodzkiego, przecinał ulicę Braniborską i sięgał do ul. Inowrocławskiej, skąd zakręcał do Odry, w pobliżu Kępy Mieszczańskiej.

Pod koniec oblężenia wojska radzieckie prowadziły tylko działania zaczepne. W ten sposób ograniczono straty w ludziach. Rosjanie liczyli, że miasto i tak się podda – to tylko kwestia czasu. W niewysłanym liście do brata Franz Kragen z pułku Mohr tak opisuje te dni: „Czekam, kiedy to wszystko się skończy. Ludzie piją z rozpaczy, ile się tylko da. Żaden ze starych żołnierzy nie sądzi, by ten cały burdel miał jakikolwiek sens. Po tygodniu walk na Frankfurterstrasse (Legnicka) w naszej kompanii została połowa ludzi. Jeden większy atak i już po Nas. >>Iwan<< jednak nie spieszy się. On dobrze wie, że i tak dostaniemy się mu w łapy”.

Brak działań na froncie wokół Wrocławia zrodził nawet dowcip:
Zwycięskie wojska radzieckie wracają spod Berlina na paradę zwycięstwa w Moskwie. Nagle po drodze słychać wybuchy i strzelaninę.

- Czyżby to już strzelano na wiwat?
- Nie, to 6 Armia w dalszym ciągu zdobywa Wrocław.

Jak wynika ze źródeł radzieckich pierwsze kontakty o kapitulacji nawiązano 4 maja. W tym dniu artyleria radziecka przerwała na kilka godzin ostrzał Wrocławia. Na linii frontu ustawiono ogromne głośniki, z których dowództwo radzieckie zwróciło się do Niemców z propozycja kapitulacji. Ten fakt, szeroko komentowany wśród ludności cywilnej i niemieckich żołnierzy, skłonił zapewne przedstwicieli wrocławskiego duchowieństwa do interwencji u komendanta Festung Breslau. Niehoff nie ugiął się jednak i chciał walczyć dalej. Jednak w nocy z 5 na 6 maja dowództwo twierdzy otrzymało radiotelegram od generała Hassego, dowódcy niemieckiej 17. Armii, który upoważniał Niehoffa do podjęcia każdej decyzji, którą uzna za stosowną. Komendant Festung Breslau nad ranem 6 maja upoważnił do prowadzenia rokowań swojego zastępcę - pułkownika Tieslera i kapitana van Buercka. Kapitulacja Festung Breslau była już kwestią godzin.

Na kapitulację nie chciał czekać gaulaiter Karl Hanke, który jeszcze w styczniu 1945 r. mówił o Breslau: „Rosjanie nigdy go nie zdobędą. Prędzej go spalę”. O świcie Hanke opuścił Wrocław na pokładzie niewielkiego samolotu Fieseler-Storch pod pretekstem tego, że w testamencie Hitlera został wyznaczony w miejsce Himlerra Reichsfuehrerem SS i szefem niemieckiej policji. Nikt dokładnie nie wie, ani skąd wystartował (spod Hali Stulecia czy z lotniska na pl. Grunwaldzkim?), ani co się z nim stało potem.

O godz. 8 parlamentariusze obu stron spotkali się u zbiegu dzisiejszych ulic Powstańców Śl. i Lwowskiej. Zgodnie z ustaleniami działania bojowe we Wrocławiu miano przerwać o godz. 14 czasu moskiewskiego (13 czasu lokalnego). Kilka godzin później generał Niehoff i generał Głuzdowski podpisali akt bezwaunkowej kapitulacji hitlerowskiej załogi Festung Breslau. Ceremonia odbyła się w Villi Colonia, przy ul. Rapackiego 14, na wrocławskich Krzykach. Z naszej perspektywy może to wydać się irracjonalne, ale źródła historyczne mówią, że po podpisaniu aktu kapitulacji generał Głuzdowski zaprosił dowódcę Festung Breslau na bankiet z okazji zakończenia walk. Inne źródła podają również, że Niehoff przez tydzień był gościem Villi Colonia, w której ulokowano sztab Głuzdowskiego. Trzeba przyznać, że to nieco ekstrawagancki sposób na honorowanie przegranych.


Villa Colonia - miejsce podpisania kapitulacji
Źródło: Wikipedia

Ze wspomnień Piotra Bannerta: „Ponieważ w niedzielę 6 maja 1945 r. na naszym odcinku ustały działania wojenne, odważylismy się wychylić ostrożnie z ukrycia. Po przeciwnej stronie także ukazały się głowy. Nie pamiętam, kto zrobił pierwszy krok, bo nagle równocześnie stanęlismy na środku ulicy - my i ci z naprzeciwka. My piętnastolatki, ostatnia nadzieja Niemiec, oni - niewiele starsi. Patrzyliśmy na siebie tak jak to czynią młodzi w tym wieku; wymieniliśmy papierosy marki >>Attika<< na ich papierosy, oszacowaliśmy obopólnie wiszące u boku granaty... Jeszcze tego nie rozumieliśmy, ale czuliśmy, że nie ma żadnego powodu, byśmy się wzajemnie pozabijali. Mój przeciwnik przedstawił się jako 17 - letni student z Winnicy. Naturalnie ręce musiały pomóc w porozumieniu, bo kto z nas słyszał kiedkolwiek jakieś rosyjskie słowo?”.

Z listu radzieckiego zołnierza Aleksadra Fiedotowa do matki z 9 maja 1945 r.:
„Mateńko Kochana, Walu i Ludo,
Pozdrawia Was wasz Sasza, żywy, zdrów i szczęśliwy. Zdobyliśmy to wielkie miasto – Breslau, który teraz nazywa się Wrocław. Wojna też się skończyła. W nocy nikt nie spał. Wszycy strzelali na wiwat, aż dziw, że nikt przy tym nie zginął. (...) Może to śmieszne Mamo, ale to o czym najbardziej marzyłem w czasie ostatnich miesięcy – to cisza. Cisza bez jazgotu kaemów i wybuchów pocisków. Cisza bez bojowych komend i jęku rannych. Nasz starszyzna wrócił już ze szpitala i znów rządzi w kompanii. Wczoraj dostałem od niego na cały dzień przepustkę. Inni w takiej sytuacji chodzą za „trofiejami“, polują na lornetki, zegarki, rowery i... nie da się ukryć, na coś do wypicia. A ja poszedłem nad płynącą tu rzekę i przez dwie godziny gapiłem się na wodę. Wieczorem zaś, po raz pierwszy w życiu, słyszałem jak w krzakach śpiewają słowiki. Nie zmogła ich nawet wojna.
Czekaj mnie Mamo. Teraz już na pewno niedługo wrócę. I nigdy więcej Mateńko nie będziesz się już martwić.
Twój Sasza“.


Porzucone wyposażenie wojskowe na ulicach wypalonego Wrocławia
Źródło: Wroclaw.Dolny.Slask.org

Wrocław poddał się jako jedno z ostatnich niemieckich miast, cztery dni po kapitulacji Berlina i dwa dni przed zakończeniem wojny. Do niewoli radzieckiej trafiło 2 generałów, 1113 oficerów oraz 43 861 podoficerów i szeregowców.

Dzień po kapitulacji Festung Breslau w Moskwie zdobycie Wrocławia uczczono salutem z 224 dział.

12:56, wroclawzwyboru
Link Komentarze (10) »
piątek, 02 maja 2008



Podwórko przy ul. Sztabowej. Czyżby przygotowania do powodzi?

12:54, wroclawzwyboru
Link Dodaj komentarz »
    Czytam i polecam: